Dyskryminacja pozytywna – dlaczego uwiera?

Moja kuzynka, studentka pierwszego roku prestiżowego kierunku wiodącego uniwersytetu powiedziała mi, że jest sfrustrowana panującymi tam relacjami. Na uczelni studiuje wielu studentów „zza wschodniej granicy”. Kuzynka jest wolontariuszką w wielu międzynarodowych projektach, osobą otwartą, empatyczną. Dlatego zdziwiłam się, że o otwartości uniwersytetu na studentów – obcokrajowców mówiła z niechęcią. Po chwili dowiedziałam się, że ona i jej koledzy (Polacy) czują się niesprawiedliwie traktowani przez wykładowców. Obserwuje nadmierne wspieranie studentów np. z Białorusi, Ukrainy, nierówne traktowanie ich w sytuacji egzaminów, tolerowanie opuszczania przez nich zajęć, lekceważenia, nauki itp. Powiedziała mi, że czuje się dyskryminowana, gdy za lepszą znajomość materiału na egzaminie dostaje gorsze oceny, a za to trudniejsze pytania. Jednocześnie ta sytuacja demotywuje obie grupy studentów do większych wysiłków związanych z nauką i psuje ich wzajemne relacje.

Opowiedziałam kuzynce, że istnieje coś takiego jak dyskryminacja pozytywna. Nazywa się tak czasowe uprzywilejowanie niektórych grup społecznych, polegające na wprowadzeniu przez państwo rozwiązań lub środków prawnych w celu wyrównania sytuacji i zmniejszenia faktycznych nierówności. Powodem nierówności może być pochodzenie etniczne, wyznawana religia, przekonania, wiek, niepełnosprawność, orientacja seksualna.

Idea jest szczytna, jej przejawy to m.in. ustępowanie miejsca siedzącego kobiecie w ciąży i osobom starszym, pomoc osobom starszym przy czynnościach wymagających sprawności fizycznej, dążenie do parytetów.

Stosowana jednak mechanicznie może rodzić wiele frustracji i nakręcać spiralę uprzedzeń, jak na przykład u młodych studentów, którzy zaczynają odsuwać się od rówieśników z innych krajów na skutek działań podejmowanych przez uniwersytet. Według obiektywnych kryteriów czują się traktowani niesprawiedliwie i faktycznie dyskryminowani.

Organizatorzy szkoleń znają sytuacje, w których muszą odmawiać uczestnictwa w dofinansowanych kursach zgłaszającym się na nie kobietom, ponieważ obowiązuje parytet. Dotyczy to także tych sytuacji, gdy nie ma chętnych mężczyzn.

W czasach PRL przykładem dyskryminacji pozytywnej były punkty za pochodzenie przy rekrutacji na studia dla osób pochodzących ze wsi  i z rodzin robotniczych.
Uważam, że nawet taka forma dyskryminacji jest obarczona dużym ryzykiem. Rozumiem, że ma wyrównywać szanse, wspierać mniejszości, osoby o mniejszych możliwościach, jednak stosowana mechanicznie,  instrumentalnie może przerodzić się w swoją karykaturę – dyskryminację osób należących do grup większościowych, wcześniej uprzywilejowanych.

O autorze

Monika Klonowska

Od 1990 roku zajmuje się działalnością szkoleniową i doradczą w zakresie umiejętności interpersonalnych i zawodowych dla różnych grup wiekowych i zawodowych. Od 1992 roku współpracuje ze Szkołą Główną Handlową, prowadząc zajęcia z negocjacji, asertywności, rozwiązywania konfliktów i wystąpień publicznych w ramach menedżerskich studiów podyplomowych w Katedrze Zarządzania w Gospodarce. Wpisana do rejestru doradców CSR w PARP.